Stowarzyszenie dla Dzieci z Domu Dziecka w Trzcińsku-Zdroju

Jak to się zaczęło…

Wycieczki rowerowe to znakomita okazja do spędzenia wolnego czasu, integracji miedzy uczestnikami, poznania ciekawych miejsc. Od wielu lat w naszej placówce propagujemy te formy wypoczynku. I tak, pewnego jesiennego dnia podczas zwyczajnej rozmowy, wpadliśmy na niezwykły, szalony, wręcz niedorzeczny pomysł. Organizację wakacyjnego rajdu rowerowego, który trwałby 10 dni. My, czyli Ela Zielińska, Michał Zieliński, Andrzej Krywalewicz i Piotr Przytuła. Wkrótce do pomysłu zaangażowaliśmy Anię Igel Westfal , Anię Michalską i Jarka Płotkowskiego.

Wymyślić jedna sprawa, a zorganizować to już inna bajka. Finanse, wsparcie, pozwolenia, eh dużo tego. Ale wspólnymi siłami jakoś poszło. Na początku powstał profil na facebook dedykowany naszemu wydarzeniu: https://www.facebook.com/Niemo%C5%BCliwe-jest-mo%C5%BCliwe-778679865570699/. Powoli zaczęły spływać pieniążki. Wielkie dzięki dla wszystkich darczyńców, a było ich wielu. Na pierwszym miejscu należy wymienić pana Wernera Vyghena z Niemiec, który w znacznej mierze wsparł nasz projekt.

Trasa została zaplanowana wzdłuż Zalewu szczecińskiego, zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej.

W końcu wybiła godzina zero. Z dworca w Chojnie wyruszyliśmy pociągiem do Szczecina i w Podjuchach wysiedliśmy do czekającego już busa z rowerami. I na początku już okazało się, ze brakuje nam pewnych części do rowerów. Dłuższy postój przeznaczyliśmy na sesje zdjęciowe, dopakowanie się i wariacje. Każde dziecko wiozło na rowerze swój dobytek zapakowany w sakwy. W aucie wsparcia mieliśmy namioty i podręczny sprzęt. Ponieważ brakowało nam kilka przedmiotów zajechaliśmy rowerami pod jedno ze szczecińskich centrów handlowych. Tam też był pierwszy posiłek, a więc kebaby, za którymi dzieciaki się stęskniły. Po porządnym posiłku ruszamy w trasę, wkrótce docieramy do granicy polsko – niemieckiej. Dla niektórych ważne wydarzenie, bo pierwszy raz przekraczają granicę obcego kraju. Ścieżką rowerową dojeżdżamy do Loknitz, gdzie czeka na nas kamping. I tutaj kolejna ważna czynność, rozstawianie namiotów. Opiekunowie są bezlitośni, nie pomagają przy tej czynności dzieciaki muszą same nauczyć się przygotować miejsce do spania, w końcu przed wyjazdem kilkukrotnie trenowaliśmy to przed domem. Wieczorkiem zasłużony wypoczynek i kolacyjka. Grillowanie, kanapeczki i dużo, dużo śmiechu.

Drugi dzień rozpoczął się od niechętnej pobudki, aczkolwiek udało się zwlec wszystkim. Pamiątkowe foto z banerami naszego województwa i ruszamy w drogę. Dzień słoneczny, wręcz upalny. Wóz wsparcia w pewnym momencie pojechał inną trasą, my męczymy się inną. Gorąco, więc co jakiś czas postoje dla uzupełnienia płynów i przekąskę. Na obiad tym razem pizza! Miejsce konsumpcji niezwykłe, bo na placyku koło złożonej kostki brukowej. Po tych kilku godzinach jazdy i pizza, i coca cola smakowały wybornie. Bezpieczne trasy, w większości prowadziły ścieżkami rowerowymi, dlatego bez przeszkód dojechaliśmy na kolejny nocleg do Ueckermunde. A tam to co uwielbiają dzieci, czyli kąpiel w jeziorze, a właściwie w zalewie. Popluskaliśmy się zdrowo, oczywiście o noclegu też nie zapomnieliśmy. Dzień trudny, bo i parę wypadków mięliśmy. Na szczęście to tylko stłuczenia i małe rany. Nad wszystkim czuwali nasi medycy. Największą pracę mieli przy Arturze, któremu na palcu zrobił się zastrzał. Na szczęście pomoc pani Ani wystarczyła i nie było konieczności udania się do szpitala. A wieczorkiem zupki chińskie, kanapeczki i jak zawsze dużo zabawy.

Kolejny dzień wyprawy numer 3. Tym razem odcinek w którym już nie mieliśmy wsparcia samochodu, zatem najpierw pan Andrzej, a potem pan Piotr ciągnęli przyczepkę wypełnioną namiotami i innym sprzętem. I tak było już przez kilka kolejnych dni. Wjazd w rezerwat był nie lada sprawą, dookoła woda, mnóstwo ptactwa, ciekawe krajobrazy, wieża widokowa z której mogliśmy podziwiać okolicę. Trasa ciekawa, pełna różnej nawierzchni, po drodze pyszny obiadek w Anklam i wieczorkiem dobiliśmy do noclegowni, a było nią niewielkie pole namiotowe w Stolpe nad rzeką Pianą. Tam także oczywiście skorzystaliśmy z kąpieli i buszowaliśmy do późnych godzin. Wielkie emocje przysporzył mecz w badmintona.

Poranek był rześki i wstaliśmy szybko bo i czekał nasz długi ponad 60 kilometrowy odcinek do Świnoujścia. Na szczęście po początkowych błądzeniach trasa biegła fantastyczną ścieżką rowerową dzięki czemu nad wyraz szybko dojechaliśmy na miejsce. Niestety sam pobyt w schronisku nie wspominamy zbyt pozytywnie. Dwie nocki, które tam spędziliśmy miały pomóc nam zregenerować siły, planowaliśmy poprać rzeczy, odsapnąć.  Zamiast tego spotkaliśmy się z niemiłą obsługą i wieloma utrudnieniami. Z bólem to piszemy, ale niestety tak było. Zepsuła się także pogoda, zatem kąpieli nad morzem za dużo nie było. Jedynie kilkoro śmiałków z naszym morsem panem Andrzejem popluskało się na brzegu. Wieczorne odwiedziny na mieście, spacer o północy po plaży, to chwile, które zapamiętamy na zawsze!

Szósty dzień podróży przywitał nas odwiedzinami pana Jarka i pani Kasi, którzy mieli nam towarzyszyć autem jako wsparcie. I naprawdę się przydali, bo był to jeden z najtrudniejszych odcinków. Zanim ruszyliśmy na trasę zwiedziliśmy Fort Gerharda, za co dziękujemy właścicielowi obiektu.  Pogoda całkowicie zmieniła swe oblicze i pokazała pazurki. Padało i padało, a jak nie padało to lało, jedna wielka masakra. W Międzyzdrojach zjedliśmy przepyszny obiadek. Rosołek i schabowy wzmocnił morale, więc dalsza jazda szła całkiem nieźle. A tu cały czas padało. Mokrzy, zziębnięci dojechaliśmy do schroniska w Wolinie, mieszczącego się w tamtejszej szkole. I tu czekała na nas nagroda za te męczarnie. Tutaj spotkało nas wspaniałe przyjęcie i przesympatyczna, bardzo pomocna obsługa. Nie było problemu z praniem, kąpielami, dostępem do kuchni i łazienek. Jednym słowem rewelacja! Jakże inne podejście niż w Świnoujściu. Po prostu klasa.

Pokrzepieni takim traktowaniem, wzmocnieni snem ruszyliśmy siódmego dnia w drogę. Zanim rozkręciliśmy nasze pojazdy odwiedziliśmy wioskę Wikingów. A potem jazda dalej. Kolejny trudny odcinek, bo i pogoda średnia, ruch samochodów spory, a i pobłądziliśmy nieźle chcąc unikać aut. Dzięki temu wjechaliśmy w piękne rejony nad zalewem, widzieliśmy strasznie włochate krowy, a auto pani Eli miało prawdziwy test wytrzymałości.

Na nocleg trafiliśmy do agroturystyki prowadzonej przez małżeństwo panią  Iwonę i pana Reginalda. Pasjonaci przyrody troskliwie i wspaniale się nami zajęli. Najpierw nakarmili, a potem zabrali na wycieczkę po okolicy. Było spotkanie z dzikimi zwierzakami, poznanie lokalnej pustyni i wiele ciekawych opowieści. A wieczorkiem ognisko ze śpiewami, oczywiście królował polski repertuar, a największą furorę robiły piosenki zespołu Dżem.

Noc w namiocie szybko minęła. Po pożywnym śniadanku, z żalem żegnaliśmy się z niesamowitymi gospodarzami. No ale, samo się nie pojedzie, więc w drogę. Tym razem naszym celem był kamping pod Szczecinem. Po drodze były przygody, kąpiel w jeziorku, albowiem w końcu niebiosa nam pogodowo sprzyjały. Wspierani dwoma autami raźno mknęliśmy do przodu, nie martwiąc się o posiłki, zapasy, drogę.

Dziewiąty dzień wyprawy to odcinek Szczecin – Pyrzyce. W większości jechaliśmy drogami asfaltowymi o małym natężeniu ruchu. Zaczęliśmy jednak od odcinka specjalnego w Puszczy Bukowej. Pierwsze kilometry ostro pod górę, odcinek iście górski, co tam się działo. Żuraw aż się popłakał z wrażenia, że tak szybko znalazł się na szczycie podjazdu. A potem jak to zwykle bywa, chcieliśmy skrót i wyszło o wiele więcej kilometrów. Po trasach leśnych śmigaliśmy to tu, to tam szukając drogi do celu. Po jakimś czasie  udało się, ale potu przy tym wylaliśmy sporo, niemniej wsparcie z autami nas odnalazło. I tak wieczorkiem dojechaliśmy do miejsca noclegowego w pyrzyckim domu dziecka. Tam też byliśmy wybornie goszczeni.

Ostatni dzień rajdu rozpoczął się od napraw rowerów i pożegnania z wychowawczynią panią Gosią. Potem już bez większych przeszkód raźno mknęliśmy do domu. Cel osiągnęliśmy wieczorkiem. To była wspaniała przygoda. Przejechaliśmy ponad 400km, poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi, odwiedziliśmy cudowne miejsca. Przygoda życia jak nic. Za duże słowo? Niekoniecznie. Ta zwariowana akcja, która na pierwszy rzut oka wydawała się szalona i nie do wykonania przyniosła nam cały bagaż ważnych doświadczeń i niezapomnianych wspomnień, za które bardzo dziękujemy. Baz wsparcia finansowego i rzeczowego nie udało by się temu sprostać.

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Dzień 4

Dzień 5

Dzień 6

Dzień 7

Dzień 8

Dzień 9

Dzień 10


Możliwość komentowania jest wyłączona.