Stowarzyszenie dla Dzieci z Domu Dziecka w Trzcińsku-Zdroju

Drugi rok emocji rowerowych. Tym razem zdecydowaliśmy się za cel obrać Szczecinek, miasto w naszym województwie, z którego pochodzi czworo rodzeństwa zamieszkującego już od kilku lat naszą placówkę.

Wzorem ubiegłego roku i tym razem powstał profil na facebook, rozpoczęła się zbiórka pieniędzy. I teraz lekko nie było. Nasz ubiegłoroczny rajd spotkał się z dużym pozytywnym odzewem wśród ludzi. Audycję na nasz temat wyemitowało w newsie Radio Szczecin, otrzymaliśmy nagrodę jako wydarzenie roku od portalu www.chojna24.pl, profil facebook był często odwiedzany. Pomimo tego zbiórka funduszy szła bardzo opornie. Oczywiście wiele osób ponownie nam zaufało, ale nadal kwota będąca na naszym koncie była zbyt mała. Niestety nasze pisma do wielkich firm i koncernów przepadały bez odpowiedzi. I tu pojawił się cud. Dzięki naszej Ani i jej siostrze pani Ewie Rzepeckiej udaliśmy się na spotkanie z panem Pierr Leeijen właścicielem firmy Farm Equipment International z Karska. Udało nam się zachęcić pana  Pierra do współpracy i wkrótce na konto stowarzyszenia trafiła znaczna kwota pieniędzy. Gwarantował ona organizację rajdu. Bez tego wsparcia ciężko by było.

Plan był taki, aby autokarem dojechać do Drawska Pomorskiego, stamtąd trasa miał biec przez Świdwin, Połczyn Zdrój do Szczecinka i dalej przez różne miejscowości do Trzcińska.

Zakupy zrobione, rowery przygotowane. Tutaj ogromne słowa podziękowania dla Anity Pasternak i jej przyjaciół za niesamowite doposażenie naszej wyprawy. Problemem był wóz wsparcia, bez którego ciężko by było wytrwać. Poza Elą, szefową rajdu i Anią w samochodzie osobowym, jechał jeszcze z nami Arek Walorski w busie. Auto zawdzięczamy proboszczowi parafii w Cychrach księdzu Sławomirowi Pawlakowi.

I tak w godzinie zero, ruszyliśmy po przygodę. Sprawnie to wszystko się odbyło i bez przeszkód z Drawska pomknęliśmy ku celowi. W drodze do Świdwina było wiele przystanków, zwiedzaliśmy ciekawe miejsca, obiadek jedliśmy na leśny parkingu. Wozy wsparcia gwarantowały dostarczenie posiłku, dogranie noclegu, co w wypadku podróży z dziećmi jest bardzo ważne.

W Świdwinie zakwaterowani byliśmy w schronisku młodzieżowym. Miejsce bardzo sympatyczne, bez przeszkód zakwaterowaliśmy się i mogliśmy zwiedzać urocze miasteczko. Bardzo ładny zamek, ciekawy ryneczek sprzyjały wypoczynkowi i zabawie.

Na kolację mieliśmy okazję przygotować ognisko z kiełbaskami. Późnym wieczorem udaliśmy się na zasłużony wypoczynek.

A rankiem drugiego dnia, zanim wyjechaliśmy w drogę odwiedziliśmy park wodny. Woda to wielka miłość naszych pociech, zatem szaleństw i wariacji nie było końca. Oczywiście z zachowaniem wszelkich norm bezpieczeństwa.

Kąpiele nieco nas zmęczyły, więc ciężko było wsiadać na rowery. No, ale samo się nie pojedzie, więc ruszyliśmy. Dystans nie był duży zatem bez większych problemów osiągnęliśmy przystanek numer dwa, schronisko w Połczynie Zdroju. Warunki jakie tam zastaliśmy były rewelacyjne, dodatkowo dostaliśmy możliwość zorganizowania grilla. Zanim jednak to nastąpiło poszliśmy w miasto. Przepiękny deptak z dachem zrobionym z kolorowych parasoli był miejscem długiej sesji fotograficznej. Mogliśmy wziąć udział w koncercie w scenerii a la plażing, pospacerowaliśmy po parku zdrojowym, odbył się „dynamiczny” meczyk szachowy. Miasteczko wywarło na nas niesamowite wrażenie. Kolacja była w formie grilla, a tam paróweczki, karkóweczki, mniam, mniam.

Trzeciego dnia, po pożywnym śniadanku ruszyliśmy na jeden z dłuższych odcinków prowadzących do Szczecinka. Staraliśmy się omijać ruchliwe trasy, więc i kilometrów przybywało. Dłuższy postój miał miejsce w jednej z okolicznych miejscowości, gdzie czekaliśmy na niedzielny obiadek. Pan Andrzej wykorzystał ten czas na rozmowę z miejscowym panem, byłym więźniem obozu z czasów II wojny światowej. Pozostali wypoczywali, panowie reperowali rowery. Ostatni odcinek nie był zbyt przyjemny, ponieważ kilka kilometrów musieliśmy pokonać krajówką. Na szczęście wszystko odbyło się płynnie, kierowcy byli wyrozumiali i dojechaliśmy do celu. Na przedmieściach mogliśmy pozwiedzać pozostałości po fortyfikacjach, było tam też kilka dział i czołg. Nie mogło zabraknąć sesji zdjęciowych przy tych reliktach z czasów największego światowego konfliktu zbrojnego.

Nocleg mieliśmy w schronisku młodzieżowym, gdzie zastaliśmy jako takie warunki do pobytu. Nie było tak super jak w Świdwinie, czy Połczynie, ale dało się wytrzymać. Następny dzień przeznaczony był na pobyt w Szczecinku. Można było pospać, przeprać rzeczy, odpocząć. Nasze rodzeństwo mogło spotkać się z rodzicami, wszak dla nich tutaj przyjechaliśmy. A po południu ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Bardzo spodobał się nam teren nad jeziorem z siłownią, ścieżkami rowerowymi i innymi atrakcjami. Także ryneczek był urokliwy, natrysk wodą przynosił ulgę w tym ciepłym dniu. Okazało się że w miasteczku są pokoje escape room, więc chętnie skorzystaliśmy z takiej atrakcji. Pokoje przystosowane do różnych grup wiekowych były niezłą zagadką dla naszych dzieci, nie wszystkie grupy sobie poradziły z wyzwaniem. A wieczorkiem jakże miła niespodzianka. Odwiedzili nas byli wychowankowie Ada i Oliwier, którzy w towarzystwie siostry i szwagra pojawili się w naszym miejscu noclegowym.

Piąty dzień naszych rowerowych wariacji prowadził ze Szczecinka do Bornego Sulinowa. Pogoda dopisywała, trasa była bardzo dobra, bezpieczna, zatem dosyć szybko osiągnęliśmy cel. Zanim udaliśmy się na miejsce noclegowe postanowiliśmy jeszcze nadrobić trochę kilometrów i odwiedzić tajemnicze, opuszczone miasteczko Kłomino. Po drodze widzieliśmy piękne wrzosowiska, nawierzchnia była paskudna zatem nie uniknęliśmy dziur w dętkach i szybkich napraw. Same miasteczko nie wywarło, aż tak przykrego wrażenia, zwłaszcza, że znów zaczęli w nim osiedlać się ludzie. O wiele ciekawszy był pokaz sprzętu air soft gun, który zaprezentował pan Michał. Każdy kto chciał, mógł oddać kilka strzałów z tej broni i sprawdzić się w militarnych klimatach. Wieczorkiem mogliśmy już ruszyć na pole namiotowe. A tym razem noclegownia była wyjątkowa, ponieważ zakwaterowano nas w namiotach wojskowych. Zawsze to jakaś odmiana i kolejna przygoda do wspominek. Kolacyjka przy ognisku, zabawy w chowanego i można odpocząć po pełnym atrakcji dniu.

Szósty dzień wyprawy zakładał nocleg w Złocieńcu. Tutaj również zboczyliśmy nieco z trasy, aby odwiedzić Stare Drawsko i obejrzeć pozostałości po zamku. Ponieważ akurat trafił się wyjątkowo upalny dzień, skorzystaliśmy z miejscowej plaży i ochłodziliśmy się nieco po trudach jazdy. W czasie gdy większość się pluskała, panie przygotowały wybuchową mieszankę do dalszej jazdy złożoną z wody, miodu i cytryny.

I tak wieczorkiem dojechaliśmy do Złocieńca. Nocleg nad rzeczką, dostęp do sanitariatów, czegóż chcieć więcej. Jadąc przez kolejne miejscowości wielokrotnie spotykaliśmy się z otwartości ludzi i pięknymi gestami. Nie inaczej było i tutaj. Właścicielka restauracji Berlin kebab zafundowała nam obiad i drożdżówki na śniadanie. Nie omieszkaliśmy podziękować za tak wspaniały gest. Co tu ukrywać serce rośnie na takie spotkania, a że budżet nasz ograniczony to tym bardziej dziękowaliśmy.

Kolejny dzień to kolejne kilometry przy dobrej pogodzie. Niestety nie pierwszy i nie ostatni raz wujek Google tak nas poprowadził, że ledwo wybrnęliśmy z lasów. Piaszczyste drogi nie sprzyjają jeździe rowerami z sakwami i z dodatkowym obciążeniem. Jadąca na doczepionym rowerku Raisa co chwila musiała zsiadać i pomagać pchać pojazd. Niezbyt jej się to podobało. Na szczęście obiadek w postaci spaghetti poprawił humory i pozytywnie wpłynął na dalszą jazdę. A że był to dzień pecha to i kolejne perturbacje nas czekały. Okazało się, ze zabukowany kilka miesięcy wcześniej nocleg u harcerzy nie nadawał się kompletnie dla naszej grupy. Tutaj z pomocą przyszli miejscowi, którzy wskazali pole namiotowe Ugorek należące do sympatycznego pana Grzegorza. Na tyle nam się tam spodobało, że postanowiliśmy przedłużyć pobyt o kolejny dzień. Pobliska plaża sprzyjała kąpielom, mieliśmy do dyspozycji rower wodny i łódeczkę, żyć nie umierać. Wieczorki to oczywiście ogniska z kiełbaskami i innymi przekąskami.

Drugi dzień zaczął się nietypowo, jak to u nas była. Przywitała nas Maja, dzika świnia, która przydreptała w towarzystwie pana Grzegorza. Po pożywnym śniadanku był czas na emocje na boisku do siatkówki, naprawę rowerów, wycieczkę do pobliskich bunkrów, jednym słowem cud, miód i orzeszki. Tutaj również dzięki szczodrości miejscowej pani Kasi zostaliśmy nakarmieni i ugoszczeni na bogato.

Decyzja o pozostaniu dodatkowego dnia w Tucznie niosła za sobą pewne konsekwencje, otóż oznaczało to, że nie będzie noclegu w Dobiegniewie, a ruszymy od razu do Barlinka. I tak się stało, był to morderczy, ponad 90 km epizod. Trasa wiodła głównie asfaltowymi drogami, więc przemieszczaliśmy się sprawnie i szybko. Był czas na obiadek, był też dłuższy postój w Strzelcach Krajeńskich gdzie ochłodziliśmy się przy kurtynie wodnej i zajadając lody. Wieczorkiem dojechaliśmy do stanicy myśliwskiej pod Barlinkiem, gdzie zaplanowany był nocleg i …chciało nam się jechać dalej. Stąd do kolejnego noclegu w Karsku było tylko kilkanaście kilometrów. Pokusa przejechania jednego dnia ponad 100 km była wielka, niestety niebiosa miały dla nas inny plan. Zanim ruszyliśmy rozpętała się prawdziwa nawałnica, zaczął padać niezwykle intensywny deszcz, który ostudził nasze chęci bicia rekordów. Szybkie, jak się potem okazało za szybkie rozłożenie namiotów i można było zasiąść do kolacji. Późno już było gdy kładliśmy się na odpoczynek, a i długo nie pospaliśmy. Niestety wprędce rozkładane namiot nie zostały szczelnie i prawidłowo zamontowane i wnet do kilku z nich dostała się woda. Zaczęliśmy rozlokowywanie dzieci pod wiatą, wykorzystywaliśmy wszelkie dostępne, suche śpiwory, koce, karimaty. Dorośli pozbyli się większości swoich suchych ciuchów, aby ocieplić dzieci. Na szczęście po dokładnych oględzinach okazało się, że kilka namiotów jest w dobrym stanie i nie zamokły, można było rozlokować tam dzieciaki. I tak w niezbyt komfortowych warunkach bo w zwiększonej liczebności każdego z namiotów przyszło nam spędzić tą nockę. Ranek również nie napawał optymizmem, deszcz nie dawał za wygraną, zatem zwiedzanie Barlinka odbywało się w super tempie. Ciekawa impreza odbywała się na barlineckim rynku. Miał miejsce festiwal muzyczny połączony z pokazem samochodów. Zgodnie z zaleceniami pani Ani nie mogliśmy też odmówić sobie przyjemności skosztowania lodów w kawiarni, która działa nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat. No i sprzyjać zaczęła pogoda, dzięki czemu krótki dystans do Karska przebyliśmy błyskawicznie. Na tyle wydobrzało, że zdarzyliśmy jeszcze wieczorkiem odbyć kąpiel w pobliskim jeziorku. A potem nocleg w gościnnych progach należącego do pana Pierra Leeijen hotelu. Przypominamy, że to ten przedsiębiorca jest głównym darczyńcą naszego rajdu. Możliwość przespania się w wygodnych łóżkach była wspaniałą nagrodą za dotychczasowe trudy, wszak kilka ostatnich noclegów spędziliśmy na polach namiotowych, a za materac robiły cienkie karimaty. Nakarmieni pizzą szybko zasnęliśmy snem sprawiedliwym.

Kolejny dzień rozpoczął się od wizyty pana ratownika, który zapoznał dzieci z ważnymi tematami związanymi z udzielaniem pierwszej pomocy w różnych sytuacjach. Nasi młodzi rowerzyści mogli podczas praktycznych zajęć przekonać się jak odpowiedzialnym zawodem jest praca ratownika. Co ważne też mogli się nauczyć wiele przydatnych rzeczy.

Tego też dnia mieliśmy jubilatkę Emilkę. Dziewczynka dostała wspaniały tort z akcentem rowerowym, nie zabrakło też odśpiewania stu lat!!!

Po południu udaliśmy się na spotkanie z panem Pierrem, przekazaliśmy nasze podziękowania za wsparcie rajdu. Pan Leeijen, wraz z małżonką oprowadzili nas po swej posiadłości. Największą frajdą był oczywiście wybieg ze zwierzakami. Furorę zrobiły małe króliczki, które dzieci mogły wziąć na ręce. Ciężko było nasze pociechy odciągnąć od zwierzaków, no ale czas było wracać do domu. Droga nieco okrężna tak aby unikać krajówek, pogoda cały czas jakby szykowała nam na koniec jakąś diabelską niespodziankę. Na szczęście ciągnące się ciemne chmury nie dopadły nas i bez przeszkód dojechaliśmy do Góralic, tam zostaliśmy ugoszczeni przez państwa Karmelitów. Ciacho, lody, cola, oj, ledwie 6 kilometrów od domu, a tu się ruszyć nie było jak. Po takim posiłku odpuściliśmy sobie już pizzę i lody w T-Z i bez przeszkód dojechaliśmy do domu. Nadszedł czas pożegnania. Oto nasz rajd, który przeciągnął się o jeden dzień więcej dostarczył całe mnóstwo niezapomnianych chwil. Wielkie słowa uznania i podziękowania dla wszystkich, którzy w różny sposób przyczynili się do jego odbycia. Raz jeszcze my, czyli Komitet Organizacyjny w składzie Ela Zielińska, Ania Igel Westfal, Ania Michalska, Andrzej Krywalewicz, Michał Zieliński, Arek Walorski, Piotr Przytuła składamy wielkie podziękowania za zrozumienie, życzliwość, otwartość i serdeczność jaką od wielu z Państwa otrzymaliśmy. Za te mniej pozytywne, krytyczne słowa też dziękujemy, wszystko to jest analizowane i stanowi dla nas inspirację do dalszej wytężonej pracy. Teraz czas na odpoczynek, a za rok znów kolejna wyprawa…

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Dzień 4

Dzień 5

Dzień 6

Dzień 7

Dzień 8

Dzień 9

Dzień 10

Dzień 11


Możliwość komentowania jest wyłączona.